Kiedy człowiek przestaje być dla siebie oparciem. O samoocenie i samotności w terapii uzależnień
Artykuł powstał na podstawie pracy magisterskiej autora pt. „Samoocena a poczucie samotności u dorosłych pacjentek i pacjentów stacjonarnych ośrodków terapii uzależnienia od substancji psychoaktywnych”.
O uzależnieniu najczęściej mówi się przez pryzmat substancji, strat, nawrotów i walki o abstynencję. To zrozumiałe, bo właśnie te obszary są najbardziej widoczne i najłatwiej uchwytne. Znacznie rzadziej z podobną uwagą przyglądamy się temu, jak osoba uzależniona przeżywa samą siebie i jak doświadcza relacji z innymi ludźmi. A przecież w codziennej praktyce terapeutycznej bardzo szybko widać, że uzależnienie nie kończy się na samym przymusie używania. Często głęboko narusza obraz siebie, osłabia poczucie własnej wartości, podkopuje zaufanie do innych i sprzyja doświadczeniu samotności, która nie zawsze ma postać fizycznej izolacji. Niejednokrotnie jest to samotność przeżywana wewnętrznie, w obecności ludzi, w grupie, w rodzinie, a czasem nawet w trakcie leczenia.
To właśnie ta obserwacja była punktem wyjścia do mojego badania. Zależało mi na sprawdzeniu, czy istnieje związek między samooceną a poczuciem samotności u dorosłych pacjentek i pacjentów przebywających w stacjonarnych ośrodkach terapii uzależnień od substancji psychoaktywnych. Interesowało mnie nie tylko to, czy osoby gorzej myślące o sobie częściej doświadczają samotności, ale również to, czy siła tej zależności zmienia się pod wpływem takich czynników, jak wiek, płeć, długość trwania uzależnienia, pozostawanie w stałym związku oraz postrzegane wsparcie społeczne.
Artur Zwiech – Psycholog, Psychotraumatolog
Temat ten wydaje mi się ważny nie tylko z perspektywy akademickiej, ale przede wszystkim klinicznej. Osoby trafiające do terapii stacjonarnej bardzo często mają za sobą długą historię cierpienia, strat relacyjnych, napięć rodzinnych, niespełnionych prób radzenia sobie i narastającego wstydu. W takim doświadczeniu łatwo o utratę szacunku do samego siebie. Łatwo też o przekonanie, że człowiek jest sam ze swoim problemem, że nie ma już do kogo się zwrócić albo że inni, nawet jeśli są obok, i tak nie będą naprawdę dostępni. W tym sensie uzależnienie bywa nie tylko zaburzeniem regulacji emocji czy zachowania, ale również doświadczeniem głęboko relacyjnym i tożsamościowym.
Samoocena, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się pojęciem dość prostym, w rzeczywistości opisuje coś bardzo podstawowego. Chodzi o ogólny stosunek do samego siebie, o to, czy postrzegam siebie jako osobę wartościową, mającą znaczenie, zdolną do działania i zasługującą na szacunek. Nie chodzi tu o chwilowe zadowolenie z siebie ani o sztucznie pompowane poczucie wyjątkowości. Bardziej o wewnętrzne poczucie, że mimo błędów, słabości i porażek nadal jestem kimś, kogo można traktować poważnie. Gdy samoocena jest niska, człowiek częściej patrzy na siebie przez pryzmat winy, bezsilności, porażki
i odrzucenia. Taki sposób przeżywania siebie nie pozostaje bez wpływu na relacje.
Poczucie samotności także wymaga uważniejszego namysłu. Nie musi oznaczać dosłownego braku ludzi wokół. W praktyce częściej oznacza bolesne poczucie braku więzi, niedostatku bliskości, poczucie bycia niezrozumianą czy niezrozumianym, wyobcowania i emocjonalnego oddalenia. Można przebywać wśród innych, uczestniczyć w terapii grupowej, rozmawiać z personelem i jednocześnie mieć poczucie, że nikt naprawdę do mnie nie dociera. W populacji osób uzależnionych takie doświadczenie pojawia się szczególnie często, bo nałóg przez lata potrafi niszczyć zaufanie, zakłócać więzi i utrwalać mechanizmy wycofania.
Badanie przeprowadziłem w warunkach stacjonarnego oddziału terapii uzależnień na terenie województwa lubuskiego. Wzięło w nim udział 99 dorosłych osób uczestniczących w terapii stacjonarnej. Procedura została przygotowana tak, by była czytelna, etyczna i możliwie mało obciążająca. Udział był dobrowolny i anonimowy. Każda osoba przed przystąpieniem do badania otrzymała jasną informację o celu i zasadach udziału.
Do pomiaru wykorzystałem dwa znane narzędzia psychologiczne. Poziom samooceny oceniałem za pomocą Skali Samooceny Rosenberga, natomiast poczucie samotności przy użyciu Zrewidowanej Skali Samotności UCLA. Oba narzędzia należą do najczęściej stosowanych w badaniach nad tymi obszarami
i pozwalają uchwycić ogólny poziom badanych zmiennych w sposób uporządkowany i rzetelny.
Charakterystyka badanej grupy również wnosi do interpretacji ważny kontekst. Najliczniejszą grupę stanowiły osoby w wieku od 31 do 40 lat. Zdecydowaną większość tworzyli mężczyźni. U wielu uczestniczek i uczestników historia uzależnienia trwała ponad dziesięć lat, co pokazuje, że nie mówimy o osobach dopiero wchodzących w problem, lecz często o ludziach żyjących z nim przez znaczną część dorosłego życia. Większość badanych nie pozostawała w stałym związku. Jeśli zaś chodzi o wsparcie społeczne, najwięcej osób deklarowało, że otrzymuje je tylko czasami. Ten obraz jest istotny, bo dobrze pokazuje, że leczenie odbywa się na tle wcześniejszych, często przewlekłych trudności relacyjnych i życiowych.
Wyniki badania okazały się czytelne i psychologicznie znaczące. Poziom samooceny w badanej grupie był najczęściej przeciętny. Wysoką samoocenę miała około jedna trzecia osób, natomiast niski poziom odnotowano stosunkowo rzadko. Inaczej przedstawiał się rozkład wyników dotyczących poczucia samotności. Najwięcej badanych mieściło się wprawdzie w zakresie umiarkowanego nasilenia, ale bardzo duża grupa osiągała wyniki wysokie, a część także bardzo wysokie. To ważne, bo pokazuje, że samotność pozostaje realnym i poważnym doświadczeniem również wtedy, gdy samoocena nie jest skrajnie obniżona.
Najważniejszym rezultatem było potwierdzenie ujemnej zależności między samooceną a poczuciem samotności. Im wyższa była samoocena, tym niższe okazywało się nasilenie samotności. Mówiąc prościej, osoby, które miały bardziej stabilny i życzliwy stosunek do samych siebie, rzadziej doświadczały dotkliwego osamotnienia. Z kolei obniżona samoocena wiązała się z większym prawdopodobieństwem przeżywania samotności.
Ten wynik wydaje się spójny zarówno z teorią, jak i z codziennym doświadczeniem klinicznym. Człowiek, który patrzy na siebie przez pryzmat bezwartościowości, częściej spodziewa się odrzucenia, częściej wycofuje się z kontaktu i z większym trudem pozwala sobie na autentyczną bliskość. W takich warunkach samotność nie jest już tylko efektem zewnętrznego braku ludzi. Staje się konsekwencją sposobu przeżywania siebie. Niska samoocena może więc nie tylko współwystępować z samotnością, ale też pośrednio ją podtrzymywać.
Równie interesujące okazało się to, czego badanie nie potwierdziło. Płeć, wiek, długość trwania uzależnienia oraz status związku nie zmieniały istotnie siły związku między samooceną a samotnością. Nie oznacza to oczywiście, że te czynniki są klinicznie nieważne. Oznacza raczej, że sam mechanizm powiązania między obrazem siebie a poczuciem osamotnienia wydaje się w tej grupie dość uniwersalny. Innymi słowy, niezależnie od tego, czy ktoś był kobietą czy mężczyzną, młodszą czy starszą osobą, w związku czy poza nim, niższa samoocena nadal wiązała się z większą samotnością.
Na tym tle szczególnie ważny okazał się jeden czynnik ochronny. Było nim wsparcie społeczne. Wyniki pokazały, że stałe i wysokie wsparcie osłabiało negatywny związek między obniżoną samooceną a nasileniem samotności. To bardzo ważna obserwacja. Pokazuje, że nawet jeśli człowiek wchodzi do terapii z kruchym obrazem siebie, realna obecność innych ludzi i instytucji może częściowo chronić go przed najdotkliwszym doświadczeniem osamotnienia. Nie chodziło przy tym o wsparcie okazjonalne czy symboliczne, ale o takie, które jest przewidywalne, powtarzalne i rzeczywiście dostępne.
W praktyce terapeutycznej ten wynik ma duże znaczenie. Oznacza, że nie wystarczy skupiać się wyłącznie na pracy intrapsychicznej, choć oczywiście jest ona ważna. Potrzebne jest także równoległe wzmacnianie środowiska relacyjnego pacjentki lub pacjenta. Dobrze prowadzona grupa terapeutyczna, kontakt
z osobą znaczącą, wspólnota samopomocowa, sponsor, mentor, uporządkowany kontrakt rodzinny czy sieć instytucji wspierających po zakończeniu leczenia mogą realnie zmniejszać samotność. A skoro samotność i samoocena są ze sobą powiązane, może to pośrednio wspierać także proces zdrowienia.
Na podstawie uzyskanych wyników uważam, że w ośrodkach terapii uzależnień warto systematycznie monitorować zarówno poziom samooceny, jak
i poczucia samotności. Taki pomiar mógłby być prowadzony przy przyjęciu, w połowie terapii i przy wypisie. Nie chodzi o mnożenie procedur, ale o prosty sposób wczesnego wyłapywania osób szczególnie narażonych na izolację, wycofanie i trudności w korzystaniu z relacji pomocowych. Dzięki temu łatwiej byłoby dopasować interwencję do rzeczywistych potrzeb.
Równie ważne wydaje mi się włączanie do programu terapii działań, które wspierają odbudowę bardziej realistycznego i mniej surowego obrazu siebie. Nie chodzi o powierzchowne wzmacnianie dobrego samopoczucia ani o zachęcanie do pustego pozytywnego myślenia. Bardziej o stopniowe odbudowywanie sprawczości, kompetencji i poczucia wpływu. Czasem będą to techniki poznawczo-behawioralne, czasem praca nad przekonaniami o sobie, czasem doświadczenie sukcesu w drobnych codziennych zadaniach, a czasem po prostu stabilna relacja terapeutyczna, w której człowiek przestaje być widziany wyłącznie przez pryzmat swojego uzależnienia.
Oczywiście moje badanie ma też swoje ograniczenia i warto o nich mówić otwarcie. Miało charakter przekrojowy, a więc uchwyciło zależności w jednym momencie, bez możliwości ustalenia kierunku przyczynowo-skutkowego. Badanie przeprowadzono w jednym ośrodku, co ogranicza możliwość prostego uogólniania wyników na wszystkie populacje osób uzależnionych. Korzystałem także wyłącznie z metod samoopisowych, opartych na deklaracjach uczestników, co zawsze niesie ryzyko wpływu bieżącego kontekstu, nastroju czy sposobu prezentowania siebie. Analiza nie obejmowała też wszystkich potencjalnie ważnych czynników, takich jak rodzaj używanej substancji, czas abstynencji, ogólny stan zdrowia psychicznego czy jakość konkretnych więzi społecznych.
Mimo tych ograniczeń uważam, że uzyskane wyniki niosą ważny przekaz. W terapii uzależnień nie chodzi tylko o to, by człowiek przestał używać substancji. Chodzi także o to, by stopniowo odzyskiwał bardziej stabilny kontakt ze sobą i z innymi ludźmi. Samoocena i samotność nie są dodatkiem do leczenia. Bardzo często są jednym z jego najważniejszych psychologicznych wymiarów.
Gdy człowiek przestaje być dla siebie wyłącznie źródłem oskarżenia, a zaczyna stawać się dla siebie choćby częściowym oparciem, pojawia się szansa na zmianę. Gdy obok tego człowiek doświadcza realnej obecności innych, samotność przestaje mieć tak silną władzę. Właśnie dlatego uważam, że praca nad obrazem siebie i nad odbudową więzi powinna być traktowana jako ważna część leczenia uzależnień, a nie jako temat poboczny. Czasem to właśnie tam zaczyna się prawdziwe zdrowienie.
Artur Zwiech, Psycholog, Psychotraumatolog